Drukuj

Dzikie zwierzęta nad Bugiem?

Wywiady: Agnieszka Janiszewska
Mariola Zaczyńska
Mariola Zaczyńska
Mariola Zaczyńska, dziennikarka "Tygodnika Siedleckiego" nie boi się kontrowersyjnych tematów i wzbudza emocje. Publikuje reportaże i teksty interwencyjne. Pisze o politykach, biznesmenach ale też zwykłych ludziach. Prywatnie jest wielką miłośniczką zwierząt. Porzuciła miejskie życie i przeprowadziła się na ranczo z wybiegiem dla koni, drewnianym domem i starymi jabłoniami. Kocha konie i psy. Bardzo szybko dochowała się prawdziwej sfory porzuconych, niechcianych i skrzywdzonych psów. Zaopiekowała się zwierzętami bez oczu, bez łapki, zagłodzonymi, katowanymi, porzuconymi w lesie, starymi. Dla wielu znalazła odpowiedzialne,szczęśliwe domy. Te, które nie potrafią już zaufać człowiekowi, zostały z nią na ranczu. Bo jej zaufały. Jest kobietą z ogromnym poczuciem humoru, pracowitą i bezkompromisową. W rozmowie z Agnieszką Janiszewską zdradza tajniki powstania jej najnowszej książki.

Agnieszka Janiszewska: To już czwarta Twoja książka. Mam wrażenie, że narzuciłaś sobie bardzo duże tempo.

Mariola Zaczyńska: Poprzednia książka ukazała się rok temu. Wbrew pozorom to nie jest szybkie tempo. Z punktu widzenia wydawcy autor powinien przygotowywać nową powieść co osiem miesięcy.

Tak? Ciekawe dlaczego. Przeprowadzone były jakieś badania, które dowiodły, że nowa książka co pół roku to za często, a co osiem miesięcy to w sam raz?

Nie wiem czy były badania. Podobno, gdy książki są wydawane w takiej częstotliwości nazwisko pisarza się umacnia i zapełnia tę naturalną chęć czytelników sięgnięcia po kolejną książkę tego samego autora. Choć niektórzy uważają, że ?nie ma za często?, że można wydawać kilka książek w roku. Jednak moim zdaniem wydawanie w ciągu roku trzech czy czterech książek - a są takie pisarki - sprawia, że nie są one rzetelnie napisane, nie są odpowiednio dopracowane.Przecież pisarze w Polsce pracują zawodowo. Ja się bardzo angażuję w swoją pracę w "Tygodniku Siedleckim", poświęcam sporo czasu na przygotowanie tekstów. Nie mogę sobie pozwolić na taki luksus, że rzucam dziennikarstwo i utrzymuję się tylko z literatury, bo w Polsce to udaje się tylko nielicznym.

Tak, można tych autorów wyliczyć na palcach jednej ręki. Zapewne i tak dorabiają pisząc do gazet felietony lub inne teksty.

Często tak jest, że dorabiają sobie pisaniem... Po zastanowieniu muszę przyznać Ci rację. Przy moim trybie pracy i mnogości obowiązków jakie mam, to rzeczywiście szybkie tempo.

Na co dzień znamy Cię jako autorkę tekstów do "Tygodnika Siedleckiego". Czy Twoja praca dziennikarki pomaga Ci w pracy nad książką, raczej czy przeszkadza?

Zdecydowanie przeszkadza. Warsztat dziennikarza polega na tym, że musi wszystko skondensować, pisać krótko. To w sumie w książce bardzo się przydaje. Wtedy unikamy tych pięknych ?okoliczności przyrody? i długich opisów. Często pisząc mam tę "władzę nad słowem". Ale jednocześnie praca dziennikarza jest pożeraczem czasu. Ja akurat bardzo się angażuję emocjonalnie w to, co piszę. Często to są sprawy dotyczące ludzi, czasem bardzo trudne. Podejrzewam, że byłoby mi łatwiej gdybym miała inny zawód, nie związany z pisaniem.

No tak. Kończysz jedną pracę polegającą na pisaniu i zaczynasz drugą, również pisanie. Czytając tę książkę, podejrzewałam jednak, że czerpiesz inspiracje z swojej pracy dziennikarskiej.

Dużo! Przydaje się ten dziennikarski nawyk do research'u. Pewne rzeczy muszę sprawdzić. Mogłabym siedzieć i wymyślić sobie, że w Bugu pływa krokodyl, ale właśnie ta natura dziennikarska kazała mi jechać nad Bug i zobaczyć, w którym miejscu pływał ten krokodyl. To jest takie przywiązanie do faktów, szczegółów i szczególików - czasem po prostu nie mogę ruszyć z miejsca, jeśli tego nie zobaczę, nie sprawdzę, choć czasem okazuje się w fabule, że to było zupełnie niepotrzebne, ale ja zobaczyłam i wtedy mogłam napisać. Na przykład ta wieś, która została przedzielona granicą Polsko-Białoruską. Ona istnieje rzeczywiście, niebieska cerkiew jest. I ja tam byłam, to wszystko zobaczyłam! Natomiast w książce całość jest zawarta w około dwóch zdaniach.

Bardzo fajna ciekawostka. Może zachęcić czytelnika do odwiedzenia tych miejsc.

Nie wykluczam tego, bo ja sama bardzo często odwiedzam miejsca, które zapadły mi w pamięć po tym jak o nich przeczytałam.

W Terespolu też byłaś? Wiesz, że to moje rodzinne miasto?

Też byłam.

Specjalnie dla książki?

Byłam przy innej okazji. Pisząc książkę musiałam natomiast nawiązać kontakt z celnikami. Rozmowa z nimi dużo mi dała. Najciekawszych rzeczy jednak dowiedziałam się od hodowców i lekarzy, którzy mieli do czynienia z ofiarami ukąszeń jadowitych zwierząt. Udostępnili mi dużo informacji, widziałam całą dokumentację medyczną i fotograficzną jak wygląda rana po ukąszeniu przez jadowitego grzechotnika i jadowitego pająka. Jak to wygląda po 10 minutach, godzinie, 2 dniach, 3 tygodniach. To robi wrażenie! Bardzo owocny był kontakt z irańskim lekarzem, który miał do czynienia dokładnie z takimi pacjentami, o których ja pisałam - to było dla mnie inspirujące i wewnętrznie potrzebne. Musiałam to tak właśnie zrobić - nie siąść i wymyślić tylko opierać się na czymś realnym.

W jaki sposób się z nimi skontaktowałaś? Pojechałaś do Iranu?

Nie! Wszystko odbyło się przez internet. Dla mnie to są bardzo istotne sprawy. Bo ja ciągle upieram się, że to o czym napisałam to się może wydarzyć naprawdę. I konsekwencje tego nielegalnego handlu zwierzętami dzikimi i niebezpiecznymi, co jest bardzo obecnie modne, mogą być takie, że my możemy się obudzić i w naszym domu znaleźć węża, skorpiona, który uciekł od sąsiada. Ja ten temat poruszam.

Czyli przyświeca Ci trochę misja?

Jeśli chodzi o temat zwierząt to zawsze przyświeca mi misja. Każdy, kto trochę bliżej zna ten temat tak powie! To już się dzieje.

Dużo miejsca w książce poświęcasz zwierzętom, ludzie mogą się wiele dowiedzieć, a ci bardziej zainteresowani mogą później sięgnąć do specjalistycznej literatury.

Tak, zgadza się. Kiedy poruszałam motyw przemytu przyświecały mi trzy cele: Po pierwsze - dopóki jest odbiorca ten proceder będzie trwał. Zwierzęta cierpią na tym, bo wiele z nich ginie podczas takiego przemytu. Po drugie - konsekwencje. To, co już mówiłam. Nie zdajemy sobie sprawy, że sprowadzone dzikie, niebezpieczne zwierzęta mogą żyć w bloku, obok nas. Możemy je spotkać na klatce schodowej, w piwnicy. Trzeci powód jest bardzo literacki. To się bardzo dobrze czyta. Takie ciekawostki i sytuacje przyciągają czytelnika. Więc połączyłam te trzy rzeczy.

Jak zwykle w Twoich książkach przewijają się siedlczanie. Wprowadziłaś wiele nowych postaci. Powiedz, jak oni na to reagują?

Dobrze, bo nie wprowadzam ich bez ich wiedzy. Dr Kołodziej, który występuje w książce, udzielał mi informacji typowo medycznych jeśli chodzi o przypadek jednej z bohaterek. Pojawia się prof. Marek Żabka, który występuje jako Marek Froglet.

O! Profesor Marek Żabka powinien się ucieszyć z tego jak go przedstawiłaś w powieści. Piękny, mądry, wysportowany i w ogóle ideał mężczyzny. Chyba jedyna tak nieskazitelna postać w książce.

Dla mnie on taki właśnie jest(śmiech).

Kto tam jeszcze? Janusz?

No właśnie, Janusz nie jest Januszem. Historia tego książkowego Janusza jest bardziej oparta na historii innego restauratora. Absolutnie nie ma tu żadnej analogi. Kiedy pisałam tę książkę akurat restauratorzy żyli tym, że jedna z polskich restauracji ma otrzymać gwiazdę w przewodniku Michelin. Czytałam o tym co się wiąże z tymi gwiazdkami, jak restauratorzy to przeżywają. Stwierdziłam, że to są tak ekstremalne emocje i wielkie pole do eksploatacji, że wykorzystałam ten motyw w książce. Więc Janusz nie jest naszym Januszem restauratorem. Nie ma w nich żadnego podobieństwa. A samo imię Janusz wzięło się chyba z tego, że znam restauratora Janusza.

Czy Ty tam jesteś w tej książce?

Wszyscy myślą, że Irena to ja, a tymczasem Irena to kobieta rzeczywiście mieszkająca niedaleko Mordów. Opisałam jej zachwycające gospodarstwo. Cała reszta jest oczywiście literacką fikcją. Irena nie jest mną, aczkolwiek podejrzewam, że w chyba każdej kobiecej postaci jest jakaś część mnie.

Podejrzewam, że jest Twoją bratnią duszą.

Jest, zdecydowanie jest.

A co z młodą policjantką?

Kiedy pisałam tę powieść nawet nie wiedziałam, że w Mordach jest policjantka. Ale to mi się często zdarza. Piszę coś a potem się okazuje, że to prawda. Na posterunku policji w Mordach jest policjantka i chętnie ją poznam. Mojej książkowej policjantce dałam dom z gliny - też musiałam poznać tę całą technologię, której miało być w książce więcej, ale miałam wielu bohaterów i każdy miał swoją historię. Gdybym nie przystopowała z tym domem książka mogłaby mieć nawet 700 stron. To są takie wybory autora, trzeba zadecydować z czego zrezygnować, a co podkręcić.

Opis eko-wioski zdecydowanie podkręciłaś. Brzmi jak podpowiedź intratnego biznesu. Choć w Polsce chyba nie ma podobnych przedsięwzięć aż na taką skalę.

Tak sobie wyobraziłam taką eko-wioskę. Miałam kontakt z różnymi ekologami i okazało się, że to jest środowisko bardzo podzielone. Na takich dosyć fanatycznych ekologów i takich, którzy nie lubią tych fanatycznych ekologów. Ta wioska jest nieco przerysowana, bo zbierając informacje do książki trafiłam na wiele komercyjnych inicjatyw, które istniały pod etykietą ekologów. Centrum pijawkowe też sobie wymyśliłam, ale faktem jest, że wiele gwiazd korzysta już z gabinetów gdzie przystawia się pijawki. Jestem tym potężnie zanęcona i chyba też spróbuję. Jedną z rzeczywistych postaci jest majster, pan Jurek. To jest mój majster, którego absolutnie kocham i bez którego nie robię nic w moim domu. W książce zawarłam cytaty z pana Jurka "Czy przeszły już pani poranne szały" - to właśnie jego tekst.

Jak oceniasz swój dorobek literacki? Czy możesz powiedzieć, że jest to najlepsza Twoja książka?

Każda jest inna. Ja widzę, że moje pisanie też ewoluuje. Być może dlatego, że ja z każdym rokiem jestem starsza, mam nowe, inne doświadczenia. Być może to też jest kwestia warsztatu, przechodzonych kursów, bo chodzę na wszystkie możliwe kursy pisania, tworzenia, kreowania fabuły.

Mogłabyś coś polecić naszym czytelnikom?

Jeżeli chcą pisać to na pewno mogę polecić szkołę Jakuba Winiarskiego, który uczy kreatywnego pisania. Bardzo dobre są wszystkie warsztaty Agnieszki Kruk w Warszawskiej Szkole Filmowej, która prowadzi zajęcia dla scenarzystów. Warto zauważyć, że mnóstwo tych zajęć jest przydatnych dla pisarzy, bo to są bardzo podobne reguły. Pomagają uporządkować wiedzę. A z tym moim pisaniem zaczynałam od "Gonić króliczka", komedii typowo romantycznej. W książkach "Szkodliwy pakiet cnót" i "Kobieta z impetem" mam już rozbudowane wątki obyczajowe i bardzo je lubię. Od takiego śmiechu, że śmieszna akcja przechodzi w kolejną śmieszną akcję przeszłam w inny styl, w którym uśmiechamy się, są sytuacje zabawne, ale nie jest to już ten szalony humor z
"Gonić króliczka". Teraz jest zupełnie inaczej, ja się bardziej w tym spełniam i bardziej się zżywam z tymi bohaterami. Mam również nadzieję, że to będzie bardziej odpowiadało czytelnikom.

Jest już jakiś odzew od czytelników?

Na razie bardzo optymistyczny. Czekałam niecierpliwie na pierwsze recenzje. Jest ich na razie niewiele. Ale te co są bardzo mnie ucieszyły. Dostrzeżono ewolucję mojego stylu oraz nowatorskość pomysłu. Tylko jedna recenzja troszkę mnie dotknęła. Wprawdzie była pozytywna i kobieta polecała moją książkę ale napisała, że to jest lektura na lato - bardzo nieskomplikowana. To nieskomplikowana, to moim zdaniem nieporozumienie. Ja nie piszę prostych fabuł. "Gonić króliczka" miało prostą fabułę, bo tego wymagała konwencja. Najnowsza książka jest wielowątkowa z rozwiniętą stroną obyczajową. Problemy, o których piszę, mimo iż one są lekko opisane, nie są schematyczne. To są skomplikowane relacje rodzinne, przyjacielskie - czasami są trudne, a czasami takie, że aż chce się płakać ze szczęścia, że można na przyjaciół liczyć. Ja szukam takich emocji.

Jak się odnosisz do tych złowieszczych rokowań, że w ogóle książka zniknie, padnie?

Nie padnie!

Nie przejdziemy na czytniki elektroniczne?

Częściowo przejdziemy, ja sama już korzystam z czytnika. Ale wróżyło się śmierć kin bo wchodziło video, a teraz budujemy kina, więc ja myślę, że książka będzie zawsze.

Mam na myśli tą tradycyjną, którą się bierze do ręki.

Nie wiem, ona jeszcze jest, ale nawet, jeżeli będzie w formie elektronicznej to też nie będzie źle. To też będzie książka. Byle tylko słowu pisanemu nie groziła śmierć to będzie dobrze.
strona główna | e-kultura | kalendarium | relacje | kontakt | linki | stowarzyszenie tutajteraz | polityka prywatności
Copyright 2010 © stowarzyszenie tutajteraz. All rights reserved.
Powered by Projektowanie stron Siedlce
Strona wygenerowana w 0.022 sekund