Drukuj

Każda rola zawiera okruch mnie samego

Wywiady: Monika Mikołajczuk
Waldemar Obłoza
Waldemar Obłoza
Rozmowa z Waldemarem Obłozą o entuzjazmie do teatru, pracy i życia z polskim aktorem filmowym, serialowym i teatralnym, który żadnego wyzwania się nie boi.

Monika Mikołajczuk: Jak to się stało, że absolwent liceum zawodowego przy Zakładach Mechanicznych Ursus został aktorem?
Waldemar Obłoza: Miałem wiele szczęścia. Właśnie w liceum trafiłem na wspaniałą nauczycielkę, moją wychowawczynię i polonistkę, która dostrzegła mój talent i pomogła mi go rozwinąć i uwierzyć w siebie. To był początek długiej drogi. Bardzo długiej dla chłopca z małej wioski, który wychowywał się w Domu Dziecka. Ogromne znaczenie miało też wsparcie starszego rodzeństwa, ja byłem najmłodszy i zawsze mogłem, i nadal mogę, liczyć na ich pomoc.

Jakie były Pana pierwsze kroki na deskach teatru i czy ta pierwsza rola wpłynęła na wybór późniejszych kreacji teatralnych?
Uważam, że dopiero scena naprawdę kształtuje aktora, zetknięcie z reżyserem, zespołem aktorskim, ludźmi teatru i przede wszystkim widzami. Dla młodego aktora każda rola jest ważna, każde spotkanie, sukces w równej mierze co porażka.

Swój zawodowy czas dzieli Pan równo pomiędzy film a teatr. Czy te światy się uzupełniają czy też stanowią swoje przeciwieństwo?
Są aktorzy teatralni, którzy nie czują się dobrze przed kamerą i na odwrót. Jednak większość z nas uprawia oba te rodzaje sztuki. Różnice są dość oczywiste. Teatr polega przede wszystkim na kontakcie z widzem, więc po intensywnym czasie prób premiera wcale nie jest końcem. Tworzenie trwa nadal, dochodzi jeszcze jeden element, energia, którą emanuje publiczność. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek zagrał dwa takie same spektakle. Natomiast na planie ostatni klaps kończy udział aktora w procesie, dalej pracują inni. Na premierze filmu wspólnie z widzami oglądamy efekt i często jesteśmy zaskoczeni, ale już nic nie możemy zrobić. A do tworzenia roli w filmie i teatrze ja podchodzę tak samo, używam tylko innych środków.

Zagrał Pan w kilkudziesięciu filmach i serialach telewizyjnych. Która z tych ról jest najbliższa prawdy o Panu jako o człowieku?
Żadna i każda. Zawsze, budując rolę, w jakiś sposób odnoszę się do siebie, swoich doświadczeń, wrażliwości, lęków, kompleksów. Każda zawiera jakiś okruch mnie. Ale nigdy do końca nie identyfikuję się z rolą, ten dystans jest niezbędny, żeby uprawiać ten zawód, inaczej to byłby obłęd.

Jest Pan również scenarzystą bijącego swego czasu rekordy popularności serialu „Miodowe lata”. Gdzie należałoby upatrywać sukcesu tego przedsięwzięcia?
W prostocie pomysłu, świetnym aktorstwie i mądrej reżyserii. Nic dodać, nic ująć.

Dlaczego poprzestał Pan na tym jednym scenariuszu, skoro w tej roli tak dobrze się Pan spisał?
Po prostu wierzę w specjalizację i profesjonalizm. To, że miewam dobre pomysły, nie znaczy, że mam warsztatowe umiejętności, żeby pisać, więc poprzestaję na podrzucaniu pomysłów scenarzystom. Zresztą pisanie wydaje mi się bardzo kuszące, ale na razie nie umiem znaleźć w sobie tej dyscypliny, której wymaga. Może kiedyś, gdy będę miał więcej do powiedzenia i będę bardziej zmęczony tym, co robię teraz.

„Aktor grając musi udowodnić swój pobyt na scenie [...] musi udowodnić, że jest urzędnikiem Pana Boga” – powiedział Gustaw Holoubek. Jak Pan udowadnia swój pobyt na scenie? Jaką prawdę chce przekazać widzowi?
Są takie chwile w życiu każdego z nas, że wszystko dzieje się jakby samo, bez wysiłku. Wcale się wtedy nie staramy, zapominamy wtedy o sobie, tylko działamy. To są chwile natchnienia, spełnienia, kontaktu z absolutem – tego nie umiem nazwać. Kiedy zdarza się to na scenie, otrzymuje się odpowiedź na wszystkie pytania i wątpliwości, nagrodę za każdy wysiłek. Widz to widzi i czuje, wytwarza się wtedy niesamowita energia, po to stajemy na scenie, do tego dążymy.

Możemy Pana oglądać na deskach Sceny Teatralnej Miasta Siedlce w roli Harpagona w spektaklu „Skąpiec. Work in progres”. Jak udaje się Panu przekonać siedlecką publiczność, że klasyka nigdy się nie starzeje, a wręcz przeciwnie, prowokuje do kolejnych interpretacji?
Myślę, że spektakl broni się sam doskonale. Klasyka właśnie dlatego nią jest, że po prostu jest ponadczasowa. Ten spektakl jest wyjątkowy, bo opowiada nie tylko historię Harpagona i jego bliskich, ale też pokazuje w skrócie, jak robi się teatr. Oczywiście z humorem i dystansem.

To druga Pana rola w naszym teatrze po kreacji w „Iwonie, księżniczce Burgunda”. Jak się Panu pracuje w Siedlcach, z miejscową bracią aktorską?
Znakomicie. To przedłużenie starej dobrej tradycji. Kiedyś nie było szkół aktorskich a młodzi aktorzy uczyli się rzemiosła od starszych bardziej doświadczonych aktorów. Przez wieki się to sprawdzało, teraz też działa.

Często okazuje Pan publicznie sympatię do naszego miasta i siedleckiej Sceny Teatralnej. Co, według Pana, decyduje o powodzeniu przedsięwzięć kulturalnych w niewielkich miastach, w czasach, kiedy na kulturę brakuje pieniędzy...
Przekonanie władz miasta, że bez kultury nie ma świadomego społeczeństwa. Że każda złotówka zainwestowana w kulturę zwraca się wielokrotnie, ale trzeba poczekać. Udowodnili to starożytni Grecy - chociażby. Zazwyczaj władza rozdaje, w pierwszej kolejności, pieniądze na inwestycje, które przynoszą wymierne i szybkie korzyści polityczne. W Siedlcach myśli się o społeczeństwie świadomym... A do tego pomysłowość i pasja dyrekcji oraz załogi Sceny Teatralnej Miasta Siedlce. Więcej nic nie powiem, żeby nie zapeszać :-)

Ze sceny zejdźmy na ziemię, do teatru życia, o którym George Bernard Shaw powiedział, że każdy może się w nim ubawić z wyjątkiem aktora. Czy potrafi Pan oddzielić teatr od realnego życia? W którym momencie ściąga Pan maskę?
Chciałbym ściągać maskę natychmiast po skończonej pracy, ale bardzo trudno jest wskazać moment, w którym to się dzieje. Praca nad rolą to proces i on nie urywa się w momencie wyjścia z teatru, angażuje umysł i emocje w różnych momentach.

Pomimo natłoku obowiązków znajduje Pan czas na odpoczynek i sport. Oddaje się też Pan jodze. Czy dzięki temu łatwiej znosić codzienność?
Joga uczy zachowania równowagi, dosłownie i w przenośni. Pomaga na płaszczyźnie fizycznej. Mam nadzieję, że z czasem stanę się bardziej zrównoważony emocjonalnie i duchowo, bo jestem bardzo emocjonalny i impulsywny, więc muszę wytrwale praktykować.

Gdyby nagle teatr przestał istnieć... Co by Pan robił?
Odpocząłbym, przeczytał wszystkie książki, które odkładam na później, spacerował nad morzem i spędził kilka tygodni w Karkonoszach. A potem musiałbym znaleźć jakieś zajęcie, bo nie umiem znieść bezczynności. Może otworzyłbym pensjonat w górach i zabawiał gości teatralnymi anegdotami, to też jakieś występy :-)

Pana recepta na dobre życie...
Akceptacja tego, na co nie mam wpływu. Odwaga, aby zmieniać to, co mogę oraz mądrość, by odróżniać jedno od drugiego. To ideał, równowaga, harmonia... Trudne do osiągnięcia, ale warto się starać.

"Chciałbym ściągać maskę natychmiast po skończonej pracy, ale bardzo trudno jest wskazać moment, w którym to się dzieje."

"Teatr polega przede wszystkim na kontakcie z widzem, więc po intensywnym czasie prób premiera wcale nie jest końcem. Tworzenie trwa nadal, dochodzi jeszcze jeden element, energia, którą emanuje publiczność."
strona główna | e-kultura | kalendarium | relacje | kontakt | linki | stowarzyszenie tutajteraz | polityka prywatności
Copyright 2010 © stowarzyszenie tutajteraz. All rights reserved.
Powered by Projektowanie stron Siedlce
Strona wygenerowana w 0.005 sekund