Drukuj

Nasza twórczość, to po prostu połączenie każdej z nas...

Wywiady: The Lamas
Mary Sue
Mary Sue
Nowym, muzycznym odkryciem siedleckiej sceny jest zespół Mary Sue. W skład którego wchodzą: Katarzyna Romańczuk - gitara, Anna Żukowska - perkusja, Ewelina Krysiak - gitara oraz Marta Woźny - wokal. To zdolne, niezwykle muzykalne licealistki, dla których muzyka jest pasją, a tworzenie jej świetną zabawą.

The Lamas: Jesteście młodym zespołem, dopiero wkraczacie na siedlecką scenę muzyczną, powiedzcie nam o Waszych początkach. Od jak dawna funkcjonuje zespół, w jakich okolicznościach powstał?

E.K.: Właściwie zaczęło się od tego, że chodziłyśmy do tej samej szkoły, z Kasią znałyśmy się już od przedszkola... Któregoś dnia Ania pochwaliła się nam, że rozpoczęła naukę gry na perkusji. Wtedy stwierdziłam, że ja gram na gitarze, więc... fajnie byłoby pograć sobie razem, coś zainicjować. I tak dołączyła do nas Kasia, która skończyła szkołę muzyczną. Właściwie tak to się zaczęło. Na początku próbowałyśmy w domu... nie miałyśmy żadnego sprzętu...
K.R.: Rozmowy na temat powstania zespołu początkowo miały charakter żartu. Później jednak stwierdziłyśmy - dlaczego nie? Z tym, że nie profesjonalnie, ale dla siebie, dla własnej satysfakcji.
E.K.: Z czasem zauważyłyśmy, że ma to ręce i nogi i warto byłoby to rozwinąć.
A.Ż.: Przepraszam, że ci przerwę droga koleżanko. My po prostu zauważyłyśmy, że to kochamy, szalenie zaczęło się nam to podobać.
T.L.: Jaką muzykę gracie? Mogłybyście ją nazwać i zaklasyfikować? Dlaczego właśnie taki rodzaj muzyki uprawiacie?
A.Ż.: Myślę, że naszą muzykę można włożyć do szufladki z muzyką rockową. To taki delikatny rock - coś dla dziewczyn, może alternatywny..
E.K.: Sądzę, że nasza twórczość to po prostu połączenie każdej z nas, całkowity miks naszych osobowości.
T.L.: Tym samym chciałybyśmy zapytać czego słuchacie na co dzień? Co Was inspiruje?
M.W.: Przede wszystkim staram się nie ograniczać i nie przestawać w poszukiwaniach nowych brzmień. Historia ze mną i muzyką polega na tym, że każda nowa osoba w moim życiu otwiera mi oczy na nowe nurty. Był okres fascynacji polskim rockiem i punkiem, dyskografia Staszewskiego wciąż zdobi moją półkę. Był też okres, na który przypada bardziej alternatywna muzyka: Pj Harvey, Jeff Buckley, Devendra Banhart czy Siouxie and the banshees.
A.Ż.: Generalnie słucham rocka, przeróżnych zespołów. Jednak moim ulubionym zespołem jest amerykańska formacja YeahYeahYeahs. Ostatnio też słucham sporo electro, jakieś ballady.
K.R.: Moje upodobania muzyczne ciągle się zmieniają, ewoluują - od skocznego punkrocka po muzykę klasyczną, często wybieram też melodie pochodzące ze ścieżek dźwiękowych do filmu.
E.K.: Mój gust muzyczny to nie jest nic stałego. Przede wszystkim zespoły młodości moich rodziców, bo to one od zawsze były obecne w moim domu i bez wątpienia oddziaływało to na mnie, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. A zatem miłość do Beatlesów, King Crimson, Sinatry, Hendrixa i Floydów. Nieco później przyszedł okres całkowitego zauroczenia w nieco cięższej muzyce, z czego do dziś wielką miłością darzę Dream Theater. Obecnie staram się być bardziej otwarta na wszelkie nowinki, acz stronię od tych typowo komercyjnych wykonawców. Inspiracje czerpię od ludzi, których poznaję. Ponadto od jakiegoś czasu gram na wiolonczeli, w związku z czym staram się być na bieżąco z muzyką klasyczną, która niewątpliwie mnie urzeka.
T.L.: Jesteście uczennicami siedleckich liceów. Domyślamy się więc, że poza muzyką macie mnóstwo innych obowiązków. Czym na co dzień zajmują się dziewczyny z Mary Sue?
M.Ż.: Jestem osobą ze słomianym zapałem, która próbowała już prawie wszelkich możliwych pomysłów na pasje i hobby. Jako mała dziewczynka uczęszczałam do szkoły muzycznej i uczyłam się grać na skrzypcach, tańczyłam, uprawiałam karate, jeździłam konno itd. Teraz interesuje się fotografią analogową, a czas wypełnia mi nauka do matury i pochłanianie książek Gogola.
E.K.: Ja właściwie cały swój wolny czas poświęcam na przygotowania do studiów, gdyż zamierzam zdawać na ASP. Poza tym wiadomo - gra na gitarze i wiolonczeli. Staram się też uprawiać sport i w każdą niedzielę rozegrać kilka partii szachów, jednocześnie nie zapominając o książkach. Od jakiegoś czasu poszerzam wiedzę o krajach skandynawskich, gdyż w przyszłości chciałabym tam zamieszkać, a do tego hodowla kaktusów (niestety kilka już uśmierciłam).
A.Ż: Co ja robię w ciągu dnia? Piję colę, chodzę do szkoły, gram na perkusji. Mój dzień kręci się głównie wokół szkoły, muzyki i... coca coli.
K.R.: W rockmankę zamieniam się tylko na scenie (śmiech). Na co dzień szkoła. Próbuję też w fotografii analogowej i rysunku.
T.L.: Szkoła szkołą, ale gdzie można Was usłyszeć?
A.Ż.: Głownie w siedleckich klubach: La Malinche, klub PeHa, w amfiteatrze, ale przede wszystkim są to prywatne propozycje, których przydałoby się zdecydowanie więcej...(śmiech).
T.L.: Jedną z definicji określenia Mary Sue jest piękna femme fatale, która posiada same zalety i nieustannie odnosi sukcesy? Czy mowa o Was? Skąd w ogóle pomysł na nazwę zespołu?
E.K.: Długo zastanawiałyśmy się nad nazwą, bo to dosyć istotny element zespołu. Można by rzec, że to swoista wizytówka! Termin Mary Sue jest bardzo kompatybilny z naszymi osobami i posiada pewien element kobiecości, więc czemu nie?
A.Ż.: Ważne dla nas było, aby w nazwie zawarty był pierwiastek żeński, kobiecość. Coś, co będzie stanowić nasze odbicie.
T.L.: Do kogo kierujecie Waszą muzykę?
E.K.: Ja pisząc jakąkolwiek muzykę, czy tekst, nie zastanawiam się kto będzie odbiorcą. Chcę, żeby adresatem mógł być każdy, niezależnie od wieku. Tak naprawdę uważam, że kwestia percepcji sztuki jest bardzo personalna, wobec czego różny odbiorca może odebrać ten sam temat w zupełnie inny sposób. Głównym celem, jaki stawiam swojej twórczości, to przede wszystkim zmuszenie odbiorcy do przemyślenia poruszonego zagadnienia, do kontemplacji nad otoczeniem, bo to bardzo odkrywcze!
K.R.: Chciałabym, aby odbiorca powrócił do lat młodości, kiedy działały zespoły podobne do naszego, kiedy było wesoło i miło... można było sobie poskakać.
A.Ż.: Ja ze swojej strony chciałabym powiedzieć, że tworząc muzykę nie zastanawiam się nad odbiorcą. Muzykę traktuję jako spełnienie siebie, dobrą zabawę i coś co kocham.
T.L.: Niektórzy artyści tworząc stronią od ludzi zaszywając się w kompletną głuszę, innych inspiruje gwar miasta i odgłosy tłumu, a jak jest z Wami?
K.R.: Spotykamy się przy herbacie, ciasteczkach i wspólnie próbujemy coś stworzyć... (śmiech).
T.L.: Marzeniem większości małych dziewczynek było zostanie piosenkarką, wielką artystką. Czy z Wami było podobnie? Czy gra w zespole jest spełnieniem Waszych dziecięcych marzeń?
M.W.: W pewnym stopniu, owszem. Odkąd pamiętam śpiewałam do mikrofonu szczotki i tworzyłam niespójne piosenki.
A.Ż.: Pierwszym moim marzeniem, z tego co pamiętam, była praca w cyrku (śmiech). Natomiast mój romans z perkusją zaczął się dosyć dawno. Początkowo grałam kredkami na poduszkach.
E.K.: Odkąd pamiętam, zawsze miałam skrajne zainteresowania. Na początku sport. Później zakochałam się w samolotach, co zresztą pozostało do chwili obecnej. Po jakimś czasie coraz bardziej otwierałam się na artyzm, aż kompletnie zaabsorbowałam się sztuką, co zaowocowało założeniem Mary Sue i kurzącym się stosem obrazów mojego autorstwa.
K.R.: Jako mała dziewczynka chciałam pracować w teatrze. To marzenie przerodziło się w zainteresowanie muzyką. Wszystkie moje wymarzone zawody były w jakiś sposób artystyczne.
T.L.: Jakie macie zatem plany koncertowe na następne miesiące?
A.Ż.: Hmm... Planujemy trasę koncertową po Europie (śmiech). Czekamy na propozycje.
T.L.: A jaki koncert najlepiej wspominacie?
E.K.: Mnie najbardziej przypadł do gustu debiut podczas Rockowej Majówki na amfiteatrze. To był stresujący występ, cały dzień obawiałam się tego koncertu. Dużo zależało od tego, jak po raz pierwszy zaprezentujemy swoje umiejętności. Na szczęście wszystko wyszło, jak byśmy sobie tego życzyły. To jeden z najmilej wspominanych dni mojej siedemnastoletniej egzystencji.
M.W.: Najlepiej wspominam koncert na festynie wiejskim w okolicach Siedlec, kiedy to w połowie występu przerwała nam sympatyczna blondynka, zapowiadając przemówienie sołtysa, który wdrapał się na scenę i lekko się zataczając, wyrzekł swoje esencjonalne parę słów: "Wszystko, co miało być powiedziane, zostało powiedziane". Został nagrodzony owacjami na stojąco, a schodząc z pola chwały przewrócił mojego elektroakustyka. Zwieńczeniem koncertu była zapłata w postaci wędzonej wiejskiej kiełbasy. Było całkiem zabawnie...
T.L.: Dziękujemy za rozmowę.
strona główna | e-kultura | kalendarium | relacje | kontakt | linki | stowarzyszenie tutajteraz | polityka prywatności
Copyright 2010 © stowarzyszenie tutajteraz. All rights reserved.
Powered by Projektowanie stron Siedlce
Strona wygenerowana w 0.015 sekund