Drukuj

Wypełniamy pewną niszę

Wywiady: Anna Zadrożna
"Na scenie nie mają sobie równych" - można przeczytać o Orkiestrze Dni Naszych w miesięczniku "Machina". Z Jerzym Kobylińskim, jednym z założycieli tego niezwykłego zespołu, rozmawiała Anna Zadrożna.

Czy z powstaniem grupy wiąże się jakaś szczególna historia? Kto wpadł na pomysł założenia zespołu? Od ilu lat istniejecie na scenie muzycznej?
JK:
To najbardziej trywialna historia, jaką sobie można wyobrazić. Był sobie młody chłopak, zafascynowany Johnem Lennonem, który próbował nieporadnie pisać pokraczne piosenki w szarej, komunistycznej rzeczywistości końca lat 80. ubiegłego wieku... Na studiach poznałem ludzi, którzy zainspirowali mnie swoimi umiejętnościami. Nie jest tajemnicą, że nie tylko ja byłem ojcem - założycielem zespołu, ale także równie ważny wkład wniosła matka - założycielka - Iwona Kobylińska. Pierwsze koncerty, a potem materiał fonograficzny w postaci kasety (wtedy nie było jeszcze płyt CD) ukazał się dokładnie 20 lat temu. Dziś po komunie nie ma śladu, a młodość ma to do siebie, że skutecznie z niej wyrastamy.

Dlaczego nazwa "Orkiestra Dni Naszych"?
JK:
Jako niedoświadczony ani literacko ani życiowo grajek gówniarz na szczęście miałem w sobie tyle pokory, żeby samemu nie pisać tekstów do piosenek. Sięgałem do sprawdzonych wzorów, poetów głównie współczesnych, poetów "dni naszych". Stąd ta niewydumana i niezbyt lotna intelektualnie nazwa "Orkiestra Dni Naszych", oddająca jednak zawartość merytoryczną warstwy tekstowej. Do tej nazwy, z lekkim rumieńcem wstydu, przyznaję się bez bicia i ponoszę za nią pełną odpowiedzialność.

Początki zazwyczaj są trudne. Czy tak było i w Waszym wypadku?
JK:
Tak, to normalne. Wszystko spowodowane było naszą ignorancją w poruszaniu się w tzw. show biznesie. Brak doświadczenia i... naiwność to grzechy główne "tamtych" nas. Gdybyśmy wtedy mieli dzisiejszą naszą wiedzę, to ho ho... Z biegiem czasu zespół zmienił skład, przybyło Wam nowych członków.

Kilka słów o nich?
JK:
Nowych? Już dzisiaj to są stare konie! Ale to prawda, nasi niektórzy koledzy dołączyli po jakimś czasie. Michał Jelonek, skrzypek, to niekwestionowana gwiazda, muzyk nie tylko ODN-u, ale także Huntera, czy swojego projektu "Jelonek"; Mariusz Andraszek - basista i jednocześnie najlepszy i najbardziej wszechstronny muzyk jakiego znam; Paweł Chojnacki - genialny perkusista i kochany, dobry człowiek. Taka jest ta nasza orkiestrowa rodzina.

Zespół wypracował stały, oryginalny styl muzyczny. Co się na niego składa?
JK:
Prawdopodobnie to, że czerpiemy z wielu źródeł, bo folk ma wiele twarzy. Eklektyzm jest tu słowem kluczem.
Z całą pewnością ważne są też nasze osobowości muzyczne. Mimo iż to ja piszę większość repertuaru zespołu, to każdy z nas wnosi cząstkę swojej muzycznej wrażliwości.

Ogromną częścią Waszej pracy są koncerty, gracie na scenie bardzo głośno i bardzo często. Macie czasami dość czy wręcz przeciwnie, grając czujecie, że żyjecie?
JK:
Nagrywanie płyt nigdy nie było naszą najmocniejszą stroną. Mimo iż wydaliśmy ich 13, to żadna do końca nie oddaje "prawdy" o nas, no może z wyjątkiem tych nad którymi pracujemy w tej chwili... ODN to zespół wybitnie przede wszystkim koncertowy. Granie na żywo to nasz żywioł. Oczywiście wszystko ma dobre i złe strony. Coś się traci, coś się zyskuje. W trasach koncertowych spędziliśmy połowę życia, a można byłoby chociażby w tym czasie pochodzić po górach. Ale my kochamy to, co robimy. Najpierw koncerty, potem długo, długo nic, a potem chodzenie po górach.

Czy zdarzyła się Wam jakaś wpadka, śmieszna sytuacja, którą podzielilibyście się z czytelnikami?
JK:
Przez 20 lat przemierzania stref klimatycznych w Polsce i Europie zdarzyło się mnóstwo przygód. Można by napisać książkę... Jedna z nich miała miejsce gdzieś nad morzem, gdzie graliśmy wspólny koncert z Golcami. Była dość wysoka scena. Podczas jednego z utworów wszyscy skaczemy równo do góry jak piłeczki. Nagle, w pewnym momencie kolega Mariusz wraz z gitarą... zapadł się pod ziemię! Znaczy pod scenę. Zniknął! Jak na spektaklu Davida Coperfielda! Był człowiek - nie ma człowieka. Podszedłem do miejsca, gdzie on stał i moim oczom ukazała się dziura w scenie, taki przerębel... Mariusz przebił scenę i wpadł pod nią! To był cud, że nic mu się nie stało. Po chwili ochoczo wkroczył na scenę, otrzepał kurz i... dostał ogłuszające brawa na stojąco od całej publiczności.

Piosenki w repertuarze ODN są magiczne. Czy chcecie przemycić w nich jakąś wiadomość dla słuchaczy?
JK:
Naszą twórczość dzielimy na dwie części: folkową, gdzie liczy się energia, radość z grania i żywioł oraz balladową, od której zaczynaliśmy całą przygodę. I tu ważne jest słowo, które jest lokomotywą. W piosenkach poetyckich jest bardzo wiele wiadomości i opowieści dla słuchaczy, ale są one podane nie w formie mentorskiej, ponieważ nie aspiruję do bycia guru, a raczej w formie autobiograficznej. Treści te mają za zadanie raczej nieść ukojenie niż dawać receptę na cokolwiek. Ja przecież nie mam mocy jako tekściarz, ani chyba nawet prawa do tego, żeby się wymądrzać, dawać jakieś priorytetowe rozwiązania. Mogę zapewnić tylko, że staram się być prawdziwy w tym, co piszę.

Wielu zakochało się w waszej muzyce. Na co dzień odczuwacie tę sławę?
JK:
Jesteśmy zespołem wypełniającym pewną niszę, a nie brylującym w telewizji. Nie jesteśmy celebrytami, to nie nasza bajka i w tym sensie sława jest nam obca. Oczywiście mamy świadomość, że ludzie śledzą to, co robimy artystycznie, ale bycie muzykiem, twórcą, artystą do niczego nie upoważnia.

Czujecie, że jako zespół dotarliście do miejsca, w którym nie chcecie nic zmieniać, czy mimo długiego stażu nadal planujecie się zmieniać, ewoluować?
JK:
Kto się nie rozwija, ten się cofa. Nie wstydzę się przyznać do tego, że ciągle się uczę, podpatruję moich mistrzów, bo zawsze jest ktoś lepszy i mądrzejszy. Warto czerpać z dobrych wzorów, ale warto też mieć świadomość własnej wartości, co niekoniecznie musi być tożsame z pychą, wyniosłością czy próżnością.

Czy planujecie nagranie nowej płyty?
JK:
Jeszcze w tym roku ukażą się nasze dwie nowe płyty: 20 lat folkowo i 20 lat balladowo, będące podsumowaniem tego całego okresu. Zupełnie nowe aranżacje starszych i bardzo starych piosenek oraz kilka zupełnie nowiusieńkich. Te płyty, jak wspomniałem wyżej, chyba jako jedyne do tej pory będą oddawać prawdziwy klimat naszych koncertów, mimo iż powstały w studio. Polecam je Państwa pamięci.

Teraz pytanie o osobiste preferencje. Ulubiony gatunek muzyczny i zespół ? co Wam w duszach gra?
JK:
Odpowiem za siebie, może niezbyt oryginalnie, ale szczerze: zawsze i wszędzie The Beatles. Ale słucham niemalże wszystkiego poza popową papką i disco polo.

Czy ODN mają jakieś dalekosiężne plany na przyszłość, może jakieś z dawna wyśnione muzyczne marzenie?
JK:
Tak, ja mam. Raz w życiu być na koncercie Paula McCartneya. Najlepiej w Cavern Club w Liverpoolu.

Dziękuję za rozmowę.
strona główna | e-kultura | kalendarium | relacje | kontakt | linki | stowarzyszenie tutajteraz | polityka prywatności
Copyright 2010 © stowarzyszenie tutajteraz. All rights reserved.
Powered by Projektowanie stron Siedlce
Strona wygenerowana w 0.013 sekund